Copyright © 2018 The Nilsens Way

Bali – duchowa podróż, na zawsze w moim sercu i w moich wspomnieniach

Bali – duchowa podróż, na zawsze w moim sercu i w moich wspomnieniach

To będzie długi post. Jeśli dasz rade doczytać do końca, to chwała tobie. Jeśli wyniesiesz dodatkowo coś dla siebie z ogromu wyrazów, które tutaj powstają, to moje dwa dni pisania nie idą na marne. Koniecznie daj mi znak jak się czujesz po przeczytaniu.

To nie jest typowy przewodnik turystyczny po Bali. Jest to raczej zbiór moich prywatnych przemyśleń oraz doświadczeń podczas podróży po tej cudownej wyspie. Jeśli komuś mój opis posłuży jako przewodnik, będzie mi bardzo miło.

Dlaczego Bali? 

Dziś są moje urodziny. Dobry czas na wspomnienie mojej/naszej przepięknej, duchowej podróży na Bali.  

Kiedy planujemy z mężem nasze zimowe wyjazdy, to zawsze stawiamy na luty-marzec, okolice moich urodzin. Robimy to głównie z jednego powodu i nie chodzi tu o moje urodziny: czas luty – marzec to czas kiedy w Oslo jest jeszcze zima ale w powietrzu czuć już wiosnę. Kiedy wyjeżdżamy gdzieś dalej – na dłużej, to wracając mamy poczucie, że wracamy już do wiosny, przez to skracamy sobie zimę. Te nasze zimowe wyprawy stały się w pewnym sensie tradycją dla nas obojga. W tamtym roku w tym czasie byliśmy na południu Europy. Pare lat temu byliśmy na Malediwach, gdzie załoga hotelu upiekła dla mnie tort urodzinowy. W między czasie były zimowe Lofoty. A ok 8 lat temu byliśmy w tym czasie na Nowej Zelandii, ósmego marca, w moje urodziny, wracaliśmy do domu.

Tym razem na “tapecie” pojawiło się miejsce bardzo dla mnie szczególne, Bali. O Bali myślałam już jakiś czas temu ale wtedy chyba nie czułam energetycznie tego miejsca. Pierwsza miłość do Bali pojawiła się wraz z książką “Eat, Pray, Love” – Elizabeth Gilbert. Ktoś czytał? Przepiękna książka o kobiecie – pisarce, która podejmuje trudną  decyzje o rozwodzie. Która zostawia prace na rok, aby móc zrobić coś tylko i wyłącznie dla siebie. Także 4 pierwsze miesiące swojej “wolności” spędza w Rzymie, gdzie uczy się języka włoskiego oraz testuje włoskie potrawy – EAT. Następne 4 miesiące spędza w Indiach, gdzie czas mija jej głównie na medytacji – PRAY. Ostatnie 4 miesiące spędza na Bali, gdzie bierze lekcje od znanego w regionie uzdrowiciela Ketut Liar. Na Bali autorka poznaje cudownego mężczyznę i się zakochuje – LOVE. Tę książkę czytam regularnie w odstępach rocznych. Za każdym czytaniem wynoszę z niej coś nowego. 

Planowanie 

Wyjazd na Bali zarezerwowaliśmy z mężem jeszcze przed świetami bożego narodzenia. Już dawno na nic się tak nie cieszyłam jak na ten wyjazd, pamietam, że sobie tak myślałam. Z niecierpliwością czekałam końca lutego. Ciężko mi wyjaśnić, czemu Bali mnie tak zachwyciło. Teraz sobie myśle, że tam jest jakaś ciepła, szczególnie dobra energia. A ja jestem jak barometer dobrej energii, bardzo szybko ją wyczuję. 

Zaraz po wylądowaniu w Denpasar poczułam, że ja po prostu kocham to miejsce. Na lotnisku czekał na nas kierowca, Wayan, który jak się potem okazało stał się naszym przewodnikiem po tej cudownej wyspie. Wayan odegrał bardzo ważną rolę. Ale po kolei. 

Dotarliśmy na Bali 

Po kilku perypetiach z opóźnionym lotem, przymusowym przystanku w Doha, dolecieliśmy w końcu na Bali. Wylądowaliśmy ok 16.30 czasu lokalnego, co mnie bardzo ucieszyło ponieważ mieliśmy jeszcze kilka godzin dnia i mogliśmy nasze pierwsze chwile na tej pięknej wyspie spędzić na podziwianiu otoczenia. Ja lubie lądować w nieznanym mi miejscu za dnia właśnie z wyżej wymienionego powodu.

Nocleg zabukowaliśmy 50 km od lotniska na północ, w stronę tarasów ryżowych oraz wulkanów. W Oslo dystans 50 km to przejazd max 45 min. Na Bali jednak zajęło nam to 1.45 min. Już wtedy zrozumiałam, że plany o szybkim przemieszczaniu się z południa na północ, na wschód i na zachód, aby zobaczyć jak najwiecej, legły w gruzach właśnie z tego powodu. Nowy plan był taki, aby skupić się głównie na terenie w którym będziemy – Ubud i okolice. Nic na siłę. Zgadzacie się?

Nocleg

Nau Villa Ubud to miejsce bardzo wyjątkowe, tu będziemy spać ale tez odpoczywać, snuć kolejne plany na przyszłość, marzyć, medytować – to miejsce zdecydowanie sprzyja takim praktykom. 

Nau po indonezyjsku znaczy „szczęśliwy”. Podczas szukania noclegu trafiłam na to wyjątkowe miejsce, ono ‚mówiło’ do mnie jakimś pięknym językiem. Wśród pól ryżowych, blisko lasu palmowego, widziałam nasza dwójkę pochłoniętą przez piękno oraz spokój tej lokalizacji. Nie pomyliłam się ani trochę. Gdy weszliśmy do naszej villi po raz pierwszy, to oboje oniemieliśmy. Zdjęcia, które widziałam online nie oddają w połowie ducha tego miejsca.

Nau Villa Ubud to hotel ale nie typowy hotel. Nie ma tu pokoi, tylko ville. Popatrzcie na moje zdjęcia. Nie będę nic więcej pisała, zdjęcia mówią tysiącem słów. To miejsce jest wyjątkowe, idealne do medytacji, modlitwy, relaxu. Po prostu genialne centrum wypadowe. 

Co jest ciekawe, przy rezerwacji noclegów, naszym punktem odniesienia zawsze jest dla nas ocean, po prostu chcemy być blisko wody. Tym razem chcieliśmy być daleko od oceanu i co się okazało potem, to była bardzo słuszna decyzja. Po pierwsze wśród pól ryżowych, położonych na wysokości 800-900 m n.p.m wieczorami temperatura spada troszeczkę, przez co noce nie są parne i można odpocząć od gorącego dnia. Po drugie na terenach położonych wyżej jest mniej komarów i co najważniejsze nie na malarii, która to występuje na terenach nizinnych. Tak nam powiedział Wayan, nasz kierowca i przewodnik. 

Kiedy zostaliśmy sami w naszej villi nr 9, natychmiast się przebraliśmy w stroje kompielowe (choć właściwie miejsce jest tak bardzo prywatne, że można pływać nago i chodzić nago) i wskoczyliśmy do basenu. Była już noc. Ciepła, gwieździsta noc. Z łatwością widziałam konstelacje Oriona, samoloty lecące do Denpasar oraz świetliste latające ważki. Mój mąż podpłynął do mnie i oboje patrzyliśmy na gwieździste niebo mówiąc do siebie jakimi szczęściarzami jesteśmy, że możemy podróżować i być w takich pięknych miejscach jak to czyli Nau Villa oraz Bali. 

Łazienka jest skonstruowana tak, że jest jakby na zewnątrz. Niby pod dachem, oprócz prysznica, a jednak na zewnątrz. Wspomniany prysznic jest naturalną częścią tego miejsca. Jest zbudowany z kamieni na których rosną mchy oraz paprocie. “Podłoga” tez jest ułożona z mniejszych kamyczków oraz dwóch płaskich ogromnych kamieni. Pure serenity.

Nasza pierwsza noc w Nau: najpierw kąpiel w basenie a potem prysznic. Kiedy brałam mój pierwszy prysznic, późno w nocy, spojrzałam w niebo i zobaczyłam gwiazdy. Nigdy nie przeżyłam czegoś takiego, aby pod prysznicem patrzeć na rozgwieżdżone niebo. Dookoła villi są malutkie lampiony, które swoja droga można wyłączać, wiec generalnie dookoła jest dość ciemno. Podziwianie nocnego nieba tutaj jest zatem łatwe i bardzo przyjemne.

Odgłos dżungli był głośny, bardzo wyraźny. Zasnelismy szczęśliwi, dopóki jet lag nie obudził nas 3 godziny później. Przez kolejne 2 dni jet lag był niestety nasza zmorą.

Kilka słów prywaty

Coś się we mnie zmieniło tego wieczora. Właściwie coś się zaczęło zmieniać wcześniej ale nowe środowisko i nowe miejsce sprawiło, że stałam się świadoma bardziej tych zmian. Cześć z was, która widziała moje filmiki na instastory wie o czym mówię. Głęboka samoakceptacja, miłość do samej siebie, przyjaźń do samej siebie. Jak już wspomniałam w filmikach, czas okazał się dla mnie srogi. Moje ciało zmieniło się bardzo, z czym miałam ogromny problem i poprostu byłam nieszczęśliwa. Nie umiałam siebie samej zaakceptować. Do tego doszło niezadowolenie z wyglądu, z głosu itd. Cały ten negatywizm przygniótł mnie. Chyba nawet zaczęłam się przez to garbić. Jednak od jakiegoś czasu, coś wewnątrz mojej duszy zaczęło się przemieniać, jakiś piękny proces samoakceptacji zaczął się we mnie manifestować. Mówienie o tym nigdy nie było moja mocna strona. Do teraz.

Od ponad roku regularnie ćwiczę z Ewą   Chodakowską. Uwielbiam jej ćwiczenia, jej pozytywne podejście do życia. Moje ciało jednak nie zmienia się mimo, że na ćwiczeniach daje z siebie 100%. Dieta czy jej brak, ja wciąż pozostaje taka sama. Ale ćwiczę cały czas bo kocham być aktywna. Ewa bardzo często wrzuca na swoich profilach zdjęcia osób po przemianach, czyli szczuplejszych, zawsze z opisami pod spodem. Grono tych kobiet, które zgubiły 20-30 kg lub więcej, pisze, że w końcu po zgubieniu wagi odzyskały pewność siebie. Na początku nie zwracałam uwagi na głębie tych  komentarzy. Potem jednak zrozumiałam, czy naprawdę muszę czekać aż zgubię 20 kg aby odzyskać pewność siebie? Nie chce pozwolić na to, żeby moje ciało, czy zgubione kilogramy definiowało czy jestem szczęśliwa czy nie, czy mam poczucie własnej wartości czy nie. Ja wiem, że moje kilogramy kiedyś spadną. Jednak moja pewność siebie nie będzie zależna od kilogramów, które mój szkielet dźwiga. Moja pewność siebie jest we mnie, mieszka w mojej duszy i jest niezależna od warunków zewnętrznych. 

Około 9 miesięcy temu podjęłam leczenie u najlepszego homeopaty klasycznego na świecie, prof. George Vithoulkas. Zgłosiłam się do niego ze względu na męczące problemy fizyczne. Każdy kto leczy się homeopatyczne wie, że trzeba być cierpliwym, że zmiany nie przychodzą natychmiast, że wyleczenie może trwać nawet kilka lat. Moje problemy fizyczne ewoluują. Ale najważniejsze w leczeniu homeopatycznym jest to, jak bardzo zdrowieje emocjonalnie. Tak jakbym stawała się wolna, ponad moimi traumami. To jest piękny proces, który się we mnie dzieje. Obserwacja tego procesu, samoświadomość zmian, które on powoduje we mnie, jest nieoceniona. 

Bali było pierwszym miejscem, gdzie sobie to uświadomiłam. Miejsc, gdzie człowiek przechodzi takie wewnętrzne przemiany się nie zapomina. Dlatego Bali na zawsze będzie miało szczególne miejsce w moim sercu. Tak jak wspomniałam wcześniej, na Bali jest jakaś piękna pozytywna energia, która wyzwala coś w człowieku. Polecam! 

Mieszkańcy Bali 

W drodze z lotniska, ja i mój mąż, obsypaliśmy Wayen tysiącem pytań. A on dzielnie odpowiadał na wszystko. Rozmowa była interesująca, bo już od początku rozmawialiśmy o energiach, o astrologii, o reinkarnacji, o religii, duchowości ale poruszylismy też tematy jak polityka, zdrowie, podróże itd. Nie z każdym możemy rozmawiać na takie tematy. Ale to są tematy, które nas bardzo interesują, zarówno mnie jak i mojego męża. 

Bali jest wyjątkowe. Z jednej strony miejsce bardzo rozwinięte, bankomaty na każdym rogu, szybki internet, wszędzie można zapłacić kartą ale ludność wciąż bardzo tradycyjna w swoich przekonaniach. Ja uważam, że to jest właśnie piękne: żywe tradycje, wyjątkowe połączenie ze swoimi przodkami, zmarłymi przodkami, wierzenia. To wszystko jest równie żywe, jak najnowsze technologie, które tutaj docierają. Stare i nowe, ramię w ramię. Szkoda, że na ‚zachodzie’ jest inaczej. Szkoda, że jeśli ktoś idzie do szamana, homeopaty, znawcę medycyny chińskiej czy astrologa to jest uważany za idiotę, za osobę zacofaną. Moi przyjaciele to właśnie ludzie ‚zacofani’. Tacy ludzie mają mój największy szacunek. Nie wiecie nawet ile razy słyszałam pod swoim adresem, że jestem zacofana bo stosuję homeopatię. To nie jest dla mnie obraźliwe, wręcz przeciwnie, żal mi osób, które tak mówią. 

Społeczeństwo balinezyjskie jest wyjątkowe, w swoich przekonaniach, takie jest moje zdanie. Bardzo szybko zauważyłam, że każda osoba, którą spotkaliśmy, dosłownie każda, była uśmiechnięta. Oni poprostu są bardzo szczęśliwi i to widać. Są przyjaźni, uśmiechają się, nie spieszą się, nie trąbią na siebie, są życzliwi. Szanują zwierzęta. Uśmiechają się oczami, nie musza się uśmiechać ustami. W ich oczach widać życiową radość. To moim zdaniem pokazuje wewnętrzny spokój oraz zaufanie w proces, że wszystko w życiu biegnie swoim torem, tam gdzie powinno, w tempie w którym powinno. Bije od nich wyjątkowe ciepło i miłość. 

Ulice na Bali są wąskie. Generalnie nie ma chodnikow, w niektórych miejsca są jak w Ubud, jednak na wsiach ich nie ma. Samochody czy skutery często stoją zaparkowane na tych ulicach co powoduje, że trzeba je omijać, czasem trzeba poczekać bo z naprzeciwka jedzie sznur pojazdów. 

Jednego dnia Wayan zaprosił nas do swojej wioski oraz do swojego domu. Jadąc samochodem zauważyłam coś interesującego, pięknego. Na drodze było zaparkowane auto, więc musieliśmy je ominąć. Jednak w tym samym czasie auto omijał idący człowiek, starszy człowiek. Szedł bardzo wolno. Ja patrząc na tą całą sytuację, pomyślałam „rusz się człowieku, idź że trochę szybciej”. Ale Wayan nie trąbił na niego. Spokojnie poczekał aż ten mężczyzna minie samochód, po czym on sam minął i samochod i mężczyznę. Jakie poczucie spokoju w nim, cierpliwości oraz szacunku do drugiego człowieka. Bardzo wzruszające. 

Innym razem Wayan mówił o swoim życiu, o mamie, o tacie, który zmarł dwa lata temu. Już nie pamietam dokładnie całej rozmowy, pamietam, że mówiliśmy także o podróżach, i że jednak podróże są drogie, pamietam, że powiedziałam do Wayan coś takiego: „może kiedy będziesz troszkę bogatszy – będziesz miał więcej pieniędzy, to wtedy przylecisz do Norwegii”. Wayan uśmiechnął się i powiedział spokojnie z życzliwością: „ja jestem już bogaty, ja niczego więcej nie potrzebuje”. Wcześniejsze rozmowy z Wayan potwierdzają, jak bardzo zbalansowanym człowiekiem jest. Kocha swoja mamę, swoja wyspę. Nie ma ambicji być bogatym, w pieniądze. Teraz jest kierowcą, ma swój samochód. Wcześniej był rolnikiem, cieślą. Kim będzie jutro, czas pokaże. Wayan medytuje każdego dnia zaraz po przebudzeniu, w swojej świątyni, w swoim domu. Najczęściej nie jje śniadań, tylko jeden posiłek w ciągu dnia. Uśmiecha się oczami, jest szczęśliwy, jest życzliwy. Każdego człowieka czy zwierzę, traktuje z szacunkiem. 

Ketut Liar

Wayan powiedział nam, ze 60-80% osób, które przyjeżdzają ze Stanów Zjednoczonych przyjeżdża na Bali ze względu na jogę oraz medytację. Przyjeżdzają bo chcą się uczyć. Bali przyciaga do siebie takie osoby. To nie jest typowe miejsce turystyczne. Te pozytywne, dobre szamańskie energię, są tak silne, że poprostu ludzie z podobnymi upodobaniami, lgną do tej wyspy. Na zachodzie ludzie, którzy się tym interesują oraz praktykują, jak wcześniej wspomniałam, są nazywani różnymi epitetami. Na Bali to jest naturalne. Tutaj nikt się z nikogo nie śmieje. Tutaj każdy podchodzi z szacunkiem do drugiego człowieka. A im bardziej otwarty jesteś człowieku, tym lepiej. 

Podczas transferu z lotniska do naszego hotelu, podczas tysiąca pytań, które padły z naszej strony, jedno okazało się być ważne dla nas. Zapytaliśmy Wayan czy zna kogoś, kto jest healer’em, szamanem, kto może nam powiedzieć o naszym życiu patrząc na nasze dłonie. Tak, Wayan zna kogoś takiego. Okazało się, że jest to syn znanego z książki „Eat, Pray, Love”, Ketut Liar. Syn także nazywa się Ketut Liar, po tacie. 

Pod koniec jednego dnia naszego pobytu Wayan zabrał nas do Ketut. Wayan zaparkował na ulicy. Weszliśmy w podwórze gdzie wszędzie były budynki w stylu balinezyjskim. Balinezyjskie podwórko jest inne niż nasze polskie czy norweskie. W Polsce, podwórko to budynki dookoła oraz pusta przestrzeń w centrum. Na Bali podwórko jest zabudowane wszędzie, na prawo, na lewo, prosto…wszędzie są budynki, które maja różne przeznaczenie. Jednym z takich budynków jest świątynia. Wszystkie są pięknie ozdobione. Bali słynie ze swoich drewnianych oraz kamiennych ozdób, które na każdym kroku można kupić oraz podziwiać na każdym domu. To ich dziedzictwo narodowe. Pomiędzy budynkami, w donicach rosły pięknie pachnące rośliny. Spokój. Mimo, że dom przy ulicy, to w podwórku panuje cisza i spokój. Przywitało nas kilka osób, jedną z nich był Ketut, szaman. 

Po uiszczeniu opłaty za usługę, ja poszłam na pierwszy ogień. Ketut wziął moją lewą rękę. Ciekawa z niego dusza. Non stop się uśmiechał i mówił „you happy, you healthy”. Ketut powiedział mi kilka ważnych dla mnie rzeczy. Za czas, który mi poświecił będę mu na zawsze wdzięczna. Potem poszedł mój mąż. 

Na koniec złożyliśmy nasze dłonie przy twarzy, tak jak to robią balinezyjczycy, ukłoniliśmy się i podziękowaliśmy. 

Purification 

Wayan towarzyszył nam przez 3 dni, dowożąc nas do najpiękniejszy miejsc. Jak już wcześniej wspomniałam, zależało nam na zobaczeniu paru miejscówek ale w związku z długim czasem transportu, z wielu zrezygnowaliśmy. Jednak ekologiczne uprawy kawy i kakao oraz hinduska świątynia, których na Bali jest bardzo wiele, zostały na naszej liście “must to see”. Przewodniki po Bali podają konkretne świątynie, takie turystyczne miejsca. Wayan zabrał nas do Świątyni Tirta Empul, gdzie turyści zaglądają, jednak rzadziej. W takich świątyniach oprócz modlitwy czy medytacji, można przejść przez rytuał oczyszczenia z wody. Przynosi się ofiary, malutkie koszyczki z kwiatów oraz bambusa, składa się je przed ‘ołtarzem’ i po rytuale oczyszczenia dziękuje się Najwyższemu za to doświadczenie.

Świątynie na Bali są ścisle związane z wodą. Często są one pobudowane na źródłach wody. Cały system wodno-nawadniający na Bali jest ścisle związany ze świątyniami, z których to woda do nawadniania tarasów ryżowych, jest pobierana.

Na Bali ofiary składa się zarówno bogom – temu co dobre jak i diabłu – temu co złe. Diabła prosi się, aby ‘nie przeszkadzał’. Ja akceptuje w swoim życiu fakt, że na Ziemi każdego dnia stajemy oko w oko z ‘dobrem i złem’, ot taki dualizm tej naszej planety. Czarne – białe, dobre – złe, stare – młode, góra – dół, itd.

W świątyniach są takie szczególne miejsca, z których wypływa woda do niewielkiego basenu. Wiele osób podchodziło pod takie mini-wodospady i wraz z modlitwą oczyszczali siebie, swoje ciała i swoje umysły. Wyglądało to pięknie i bardzo kusząco, zwłaszcza przy upalnym dniu.

Wayan obiecał nam, że następnego dnia zabierze nas do takiego miejsca, gdzie będziemy mogli przejść przez rytuał obmycia. To nie będzie świątynia, ale naturalny wodospad wypływający ze skały. Takie rytuały może przejść każdy, nie tylko mieszkaniec Bali, także obcokrajowcy.

Tak tez się stało. Wayan przygotował ofiary, po jednej dla każdego z nas. Po drodze pożyczyliśmy ‘sarong’ czyli chusty, którymi się obwiązaliśmy od pasa w dół. Robią to zarówno mężczyźni jak i kobiety. Zeszliśmy głęboko w dół doliny. Wayan wyjaśnił nam, pokazując na osoby, które stały pod wodospadem i się oczyszczały, na czym polega ten rytuał. Powiedział abyśmy zwrócili uwagę na wodę, która spada z wodospadu na człowieka, obmywając go. Woda jest biała, mętna. Wayan wyjaśnił nam, że nie u każdego lub po każdym woda jest biała. Osoby, które częściej robią ten piękny rytuał, maja wodę przezroczysta. Rzeczywiście u niektórych osób woda była przezroczysta. Bardzo interesujące.

Złożyliśmy ofiary przed ‘ołtarzykiem’, przebraliśmy się i poszliśmy pod wodospad. Dzień był upalny wiec wejście do zimnej potokowej wody było orzeźwiające. Wayan dał nam po jednym kwiecie jaśminu i dodał, że gdy wejdziemy pod wodospad, to powinniśmy puścić ten kwiatek, który symbolizuje, podobnie jak biała mętna woda, odejście czegoś starego, niepotrzebnego, oczyszczenie się.

Ja miałam pójść pierwsza bo się tak napaliłam, że nie mogłam się doczekać kiedy stanę pod tym malutkim wodospadem. Jednak gdy podeszłam przodem do wodospadu i poczułam jego siłę na moim ciele (jeszcze nie włożyłam pod niego głowy, co należy zrobić), na mojej klatce piersiowej, to się przeraziłam. Ten malutki wodospadzik był tak cholernie silny, że po prostu spanikowałam. Spróbowałam jeszcze pare razy ale z przerażenia niemalże zaczęłam płakać. Mój mąż poszedł zatem przede mną, za nim Wayan, a potem jeszcze dwójka osób. A ja stałam tam jak kołek i nie mogłam uwierzyć, że po raz kolejny w życiu moje lęki powstrzymają mnie od zrobienia czegoś pięknego. Zrozumiałam bardzo szybko, że jedyny problem był w zrozumieniu techniki oddychania podczas włożenia głowy pod wodospad. Zatem muszę ‘coś’ zrobić z moim oddychaniem. A co jeśli po prostu wstrzymam oddech na paręnaście sekund? Pomyślałam. To były sekundy kiedy odważnie włożyłam głowę pod wodospad. Zrobiłam to! Nie mogłam uwierzyć, pokonałam swój lęk. Woda była orzeźwiająca, silna, czułam się cudownie. Oyvind oraz Wayan powiedzieli mi, że moja woda była biała. Potem się odwróciłam tyłem do wodospadu i zrobiłam to samo. Potem obróciłam się przodem i po raz kolejny zanurzyłam głowę pod wodospad. Nie chciałam z tamtąd wyjść. Wszystko powtórzyłam jeszcze jeden raz. Widziałam wszystkie moje lęki, obawy, strachy, niepewności, żale jako białą wodę, która obmyła moje ciało i mój umysł i spłynęła do potoku aby połączyć się z Matką Ziemią. Poprosiłam wtedy Boga aby zabrał wszystkie moje leki i przemienił je w coś pięknego, mądrego, dobrego dla mnie.

Na koniec, już przebrani, susi, poszliśmy podziękować Najwyższemu za ten piękny czas i za możliwość przejścia rytuału.

Cały ten dzień chodziłam dumna jak paw, bo zmierzyłam się z moimi lekami. Cóż to było za piękne doświadczenie.

Lekcja gotowania

W hotelu skorzystaliśmy z możliwości nauki gotowania potraw balinezyjskie pod okien naszego szefa kuchni. Wiele hoteli na Bali, z tego co się orientuje, oferuje taką atrakcję. Bardzo polecam. W Oslo mogę kupić naprawdę sporo warzyw i przypraw orientalnych. Ale nie wiedziałam do tej pory ile, czego, do czego używać. Kurs kulinarny okazał się być bardzo pomocny.

Podsumowanie

Na Bali byliśmy 7 dni. Co jest zdecydowanie za krótko. Zdecydowanie. Już drugiego dnia żałowaliśmy, że nie będziemy dłużej na tej pięknej wyspie. 

Dla mnie Bali była piękną, duchowo-emocjonalną podróżą. Teraz już jestem w Oslo pełna pięknych wspomnień, których nikt mi nigdy nie odbierze bo są na zawsze częścią mnie, mojej duszy. Z poziomu duszy doświadczyłam czegoś bardzo unikatowego, czegoś czego w świecie zachodniej cywilizacji nie ma. Po to trzeba przelatywać tysiące kilometrów. Ale warto. 

Jeśli ktoś ma pytania do mnie lub jakieś komentarze czy uwagi, to piszcie, po prostu piszcie do mnie. Na wszystko odpowiem.

No Comments

Post a Comment